Ekranizacja “Transformers” z 2007 roku była całkiem niezła. Niestety, zamiast pełnokrwistego utworu tytułowego dostaliśmy jakieś niedorobione stękanie w wykonaniu Black Lab. Nie żeby kawałek był wyjęty w całości z miejsc mrocznych, niemniej wokalista brzmi jakby ktoś go dusił. Jak się okazuje, mogło być znacznie lepiej gdyby zmienić wykonawców:
Chłopcy nazywają się Solarice i powinni znaleźć się na oficjalnym soundtracku.
Jedną z najlepszych rzeczy jaką podarowało mi granie w GTA: San Andreas była zubożona, piętnastocalowa, panoramiczna wersja jazdy na chopperze przez amerykańską pustynię przy dźwiękach pełnego groove’u rocka z lat ‘90. Wielkie jaja, wielkie gitary, prosta forma i moje biodra demolujące wątłe drewniane krzesło, wspierające przyciężki tyłek, którego właścicielem niestety jestem.
Nigdy specjalnie się nad tym nie zastanawiałem. Mulatki kręcące tłustymi tyłkami, samochody ze złotymi felgami i domy z basenami będące tłem większości współczesnych teledysków to przecież tylko fasada, którą przyjmowałem za element biznesu i wizerunku. Praktycznie żaden raper nie żyje w świecie, po którym porusza się na swoich klipach i często zamiast wciągać kokę z brzucha modelki po prostu siedzi w domu z żoną i dzieciakami.
W zasadzie nie lubię pisać notek, które są w większości autorstwa kogoś innego bo składają się z jednego filmiku z YouTube. Nie mogłem się jednak powstrzymać:
Szanowni Państwo, przyszłość płytodrapania wygląda na niezagrożoną. Podziękowania dla majsona (wkrótce).
Jeśli Huntingtonowskie zderzenie cywilizacji polegać ma na mieszaniu kulturowych wpływów w celu otrzymana tak znakomitego muzycznego ekstraktu, to otwarcie wzywam bojowników do walki. Czas na wyraźną eskalację konfliktu.
Miałem napisać długi tekst o internetowym radiu. Temat sam w sobie jest dość ciekawy, bo strumienie muzyki przepyłwające przez Internet są dla tradycyjnych nadawców tym czym blogi i pisma internetowe dla klasycznych gazet i czasopism. Dość powiedzieć, że w sieci posłuchać można stacji tak znanych jak Radiostacja, Jazz Radio czy programy Polskiego Radia, a kwestia opłat, które internetowi nadawcy z USA mieliby ponosić w ramach podporządkowania się regulacjom dotyczącym praw autorskich jest za oceanem tematemdośćgorącym.
Zamiast się rozpisywać powiem tylko, że internetowe rozgłośnie to zjawisko, które idealnie wpasowało się w mój tryb życia. Po pierwsze, jest ich bardzo wiele, o czym przekonać można się w trakcie prób przesiania serwisów takich jak Live365 czy Shoutcast. Po drugie, większość z nich wyspecjalizowała się w konkretnym gatunku muzycznym, co pozwala mi na łatwiejszy wybór odpowiedniego strumienia. Po trzecie, gatunkowa spójność pozwala na uniknięcie ryzyka natrafienia na jakąś dziwną audycję. Wiadomo czego można się spodziewać, a zmiana słuchanego gatunku jest prosta jak kliknięcie w odpowiedni link. [Czytaj dalej →]
Randroid o języku tyleż żywym co zupełnie nieuporządkowanym. Umysł oddał we władanie ekonomii, finansom i matematyce, serce zaś pokroił i w kawałkach podarował kobiecie, winu, tańcowi, filmom o obcych i komiksom o kosmolotach.