Ekranizacja „Transformers” z 2007 roku była całkiem niezła. Niestety, zamiast pełnokrwistego utworu tytułowego dostaliśmy jakieś niedorobione stękanie w wykonaniu Black Lab. Nie żeby kawałek był wyjęty w całości z miejsc mrocznych, niemniej wokalista brzmi jakby ktoś go dusił. Jak się okazuje, mogło być znacznie lepiej gdyby zmienić wykonawców:
Chłopcy nazywają się Solarice i powinni znaleźć się na oficjalnym soundtracku.
Najbardziej syfiaste święto dla zakochanych pryszczatych nastolatków zbliża się wielkimi krokami, więc walentynkowy szał w handlu i mediach mamy jak w banku. Lasvegasy wśród portali przystroją się serduszkami i innymi przejawami szczenięcej miłości, a przez Internet, obok zwykłego spamu powiększającego baby makery przelatywać będą miliony przesłodzonych kartek.
Z gorszą wersją dnia steku i loda można jednak walczyć i tak zrobi każdy prawdziwy mężczyzna – stanie przed bestią niczym Geralt i hardo spojrzy w jej śmierdzące, zaślinione oblicze. Najodważniejsi zaproszą swoje partnerki/partnerów do kina by spędzić z nimi czas na oglądaniu półtoragodzinnego odcinka kolejnej telenoweli za kilkadziesiąt milionów baksów. Trzeba nie lada nerwów, by wytrzymać taką dawkę w otoczeniu swołoczy mlaskającej przy jedzeniu pikantnych nachos.
Chcecie nakręcić frustrujący film, którym wszyscy będą się zachwycali? Stwórzcie bohaterów, którym w życiu nie może się udać na ich własne życzenie, dorzućcie motyw z ojcem, który opuścił rodzinę, a wszystko pokażcie z perspektywy kilkuletniego chłopca o przecudnych blond włosach.
Jedną z najlepszych rzeczy jaką podarowało mi granie w GTA: San Andreas była zubożona, piętnastocalowa, panoramiczna wersja jazdy na chopperze przez amerykańską pustynię przy dźwiękach pełnego groove’u rocka z lat ’90. Wielkie jaja, wielkie gitary, prosta forma i moje biodra demolujące wątłe drewniane krzesło, wspierające przyciężki tyłek, którego właścicielem niestety jestem.
Zmiany, ach te zmiany. Strona otwierająca Omleta wygląda teraz inaczej. Po pierwsze – zmiany po prawej. Po drugie – tylko dwa artykuły na przodzie. Nie są to wszystkie najnowsze teksty, raczej te, które chcemy tam umieścić. Wszystkie nowości pojawiają się po prawej i w RSSie, są też dostępne w archiwach autorów, kategorii i miesięcznych. Dlaczego tak? Nie każdy z nas chce wszystko co pisze wyrzucać na sam przód. Poza tym nie podobała nam się tasiemcowa strona otwierająca.
Nie przypominam sobie ostatniego razu gdy obejrzałem film tak powolny i gęsty od emocjonalnego napięcia jak „Zabójstwo Jesse’ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda”. Rzecz jest tłusta i opasła w treść niczym „Ferdydurke”, przytłacza emocjami, nastrojem i historią opowiedzianą z romachem ale w sposób bardzo skromny. Długa medytacja nad psychiką postaci, detale takie jak rudy piach w miejskim barze z końca XIX w. czy niedoskonale wytopione szyby w oknach, które zniekształcają obraz wszystkiego co znajduje się po drugiej stronie.
Nie będę rozpisywał się o technicznych szczegółach, doskonałym aktorstwie najwyaktorowatniejszych aktorów jacy mogli aktorować w tym filmie. Wszystko ma swoje miejsce, wszystko służy melancholijnej narracji, rozlewającej się jak topiące się na patelni masło. Ponad dwie i pół godziny spokojnej muzyki, znaczących spojrzeń, niedopowiedzeń i tego drączącego pytania – „czy Ford zabije Jamesa?”. Bo choć wiadomo było, że zabije, choć jasno mówił o tym tytuł, to tak naprawdę nie byłem do końca przekonany. Trzeba być doskonałym bajarzem by sprawić, że widz zwątpi w to, co wiadome jest od początku.
Ten film to kłamstwo tak doskonałe, że nie pozostawia żadnych wątpliwości co do tego czy opowiada prawdę. Roku filmowego 2007 lepiej zakończyć nie mogłem.
Nigdy specjalnie się nad tym nie zastanawiałem. Mulatki kręcące tłustymi tyłkami, samochody ze złotymi felgami i domy z basenami będące tłem większości współczesnych teledysków to przecież tylko fasada, którą przyjmowałem za element biznesu i wizerunku. Praktycznie żaden raper nie żyje w świecie, po którym porusza się na swoich klipach i często zamiast wciągać kokę z brzucha modelki po prostu siedzi w domu z żoną i dzieciakami.
W zasadzie nie lubię pisać notek, które są w większości autorstwa kogoś innego bo składają się z jednego filmiku z YouTube. Nie mogłem się jednak powstrzymać:
Szanowni Państwo, przyszłość płytodrapania wygląda na niezagrożoną. Podziękowania dla majsona (wkrótce).
Przy recenzji filmu dokumentalnego pojawia się dylemat czy skupić się na samym obrazie czy na problemie, który porusza. W przypadku filmu fabularnego większość świata w nim pokazanego jest samodzielna, powołana na potrzeby samej historii i może spokojnie przestać istnieć gdy film się zakończy. Z dokumentami jest inaczej. Świat, który opisują jest realny, leży poza nimi, a one jedynie go komentują i tym samym rezygnują z części autonomii przynależnej dziełu, narzucając sobie rolę mikroskopu i lunety. Aby więc taki obraz ocenić, nie wystarczy skupić się na nim samym.
Grupa niziołków snuje się po bagnach, górach i dolinach. Jeden z nich niesie pierścień zaprojektowany przez znanego designera, a przy okazji półboga. Problem z pierścieniem jest taki, że ponoć każdy go pożąda ale właściciel zazwyczaj dobrowolnie go nie chce odsprzedać. Ostatecznym rozwiązaniem okazuje się wrzucenie go do wulkanu znajdującego się nieopodal pracowni designera.
Przyszłość. Świat na krawędzi upadku. Tajemnicza zaraza dziesiątkuje ludzkość, a terroryzm i polityczny chaos tylko się potęgują. Jeden z dwóch braci – agentów globalnej organizacji antyterrorystycznej zmieni kierunek, w którym poruszać się będzie ta smutna rzeczywistość. Może nie będzie lepiej ale z pewnością inaczej. W tle min. FEMA, Majestic 12 i Illumiati.
Po niesionym przez cztery słonie stojące na skorupie wielkiego żółwia świecie o kształcie przypominającym frisbee podróżuje czarodziej-nieudacznik. Czarodziej posiada kufer biegający na wielu małych nóżkach, który mieści w sobie znacznie więcej rzeczy niż z pozoru mieścić powinien.
II wojna światowa. Cyniczny Amerykanin prowadzi wysokiej klasy klub w Maroko. Za wszelką cenę chce zachować neutralność, choć oczywiście przeszkodzi mu w tym piękna kobieta z jego własnej przeszłości. Gdzie drwa rąbią, tam miłosne wióry lecą.
Dwójka agentów FBI, on bujający w obłokach, ona stąpająca twardo po ziemi, bada niewyjaśnione do tej pory sprawy, zamknięte w osobnym archiwum. Nie mija wiele czasu gdy wpadają na trop olbrzymiej konspiracji obejmującej FBI, CIA, NSA, rządy kilku krajów, a także kosmitów i facetów w czerni.
Całkowicie scyborgizowana oficer sekcji specjalnej japońskiej policji śledzi genialnego hakera. Wśród jej współpracowników jest min. paker, którego mięśnie są sztuczne więc pakować nie musi (ale to robi) i człowiek bez wszczepionych modyfikacji, któremu wydaje się, że w walce z prześcigającym go sprawnością i siłą ognia przeciwnikiem da sobie radę za pomocą tradycyjnego rewolweru. Warto wspomnieć, że pani oficer walczy w pewnym momencie z kroczącym czołgiem, będąc zupełnie nagą.
Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: mało jest widoków równie seksownych co śliczna, odziana w krótkie spodenki, płaszcz i pasy z bronią dziewczyna, trzymająca dwa tasaki pokryte zaschniętą krwią nieumarłych, których całe tabuny właśnie rozpłatała.
Dziewczyna ma na imię Alice, jest byłym oficerem ochrony w Umbrella Corporation, a jej relacje z niegdysiejszym pracodawcą są dość złożone. Wystarczy wspomnieć, że UC zmodyfikowało jej kod genetyczny, łącząc go z DNA wirusa T, będącego efektem badań nad bronią bioorganiczną prowadzonych przez korporację. Efekt jest piorunujący – nowa, lepsza Alice jest silniejsza, sprawniejsza i szybsza, a żaden ludzki przeciwnik nie może się z nią równać. Niestety, T-Virus działa zazwyczaj inaczej. Infekując tkanki nosiciela, wyniszcza wszystkie funkcje ogranizmu, które nie są potrzebne do zachowania podstawowych zdolności ruchowych. Zarażony nim człowiek zmienia się w żądnego krwi, pozbawionego wszelkich ludzkich cech potwora o odrażającym wyglądzie. W zombie.
Jeśli Huntingtonowskie zderzenie cywilizacji polegać ma na mieszaniu kulturowych wpływów w celu otrzymana tak znakomitego muzycznego ekstraktu, to otwarcie wzywam bojowników do walki. Czas na wyraźną eskalację konfliktu.
Dziś i jutro przenoszę Omleta i stare „Żabie udka” na serwer w Polsce. Do tej pory korzystaliśmy z Dreamhosta, który jest całkiem niezły, zwłaszcza jeśli chodzi o stosunek ceny do jakości, niemniej połączenie z Polską nie grzeszy w jego przypadku szybkością.
Z góry więc zapowiadam, że bardzo prawdopodobne jest zaistnienie problemów z obejrzeniem obu stron lub dostarczaniem do nas maili. Postaram się przeprowadzić operację jak najsprawniej ale jak zwykle wąskim gardłem będzie transfer domen z jednego serwera DNS na drugi. Chcę to zrobić od razu w całości zamiast bawić się w ustawianie wpierw jednego, a dopiero po jakimś czasie drugiego adresu DNS. Ciekawi mnie też na ile bezproblemowo pójdzie przenoszenie baz danych.
[update]
Wygląda na to, że wszystko poszło dobrze. Omlet nie zgubił polskich literek i z pewnością działa szybciej, przynajmniej dla odwiedzających z Polski.
Miałem napisać długi tekst o internetowym radiu. Temat sam w sobie jest dość ciekawy, bo strumienie muzyki przepyłwające przez Internet są dla tradycyjnych nadawców tym czym blogi i pisma internetowe dla klasycznych gazet i czasopism. Dość powiedzieć, że w sieci posłuchać można stacji tak znanych jak Radiostacja, Jazz Radio czy programy Polskiego Radia, a kwestia opłat, które internetowi nadawcy z USA mieliby ponosić w ramach podporządkowania się regulacjom dotyczącym praw autorskich jest za oceanem tematemdośćgorącym.
Zamiast się rozpisywać powiem tylko, że internetowe rozgłośnie to zjawisko, które idealnie wpasowało się w mój tryb życia. Po pierwsze, jest ich bardzo wiele, o czym przekonać można się w trakcie prób przesiania serwisów takich jak Live365 czy Shoutcast. Po drugie, większość z nich wyspecjalizowała się w konkretnym gatunku muzycznym, co pozwala mi na łatwiejszy wybór odpowiedniego strumienia. Po trzecie, gatunkowa spójność pozwala na uniknięcie ryzyka natrafienia na jakąś dziwną audycję. Wiadomo czego można się spodziewać, a zmiana słuchanego gatunku jest prosta jak kliknięcie w odpowiedni link. [Czytaj dalej →]
W Świecie 2.0 brak możliwości komentowania, tagowania, oceniania i podłączania kamerki jest rzeczą niedopuszczalną. Próbując choć trochę dogonić trendy, staliśmy się obywatelami Świata 1.25. Oznacza to, że najbardziej oczywista funkcjonalność, czyli możliwość komentowania wpisów, została właśnie uruchomiona.
Ponieważ kolejne elementy Omleta implementujemy już w trakcie jego działania, z dumą możemy stwierdzić, że nasz serwis póki co znajduje się w (ciągłej) wersji Beta, co z kolei jeszcze bardziej przybliża nas do Ideału 2.0. Co będzie następne? Może jakiś mały mashupik? W każdym razie niezwykle ważnym jest by załapać się na którąś z fraz ze słownika marketingu 2.0.
Kilka dni temu, załatwiając swoje sprawy w Galerii Krakowskiej, wstąpiłem ukradkiem do tamtejszego Empiku. Zazwyczaj robię to zupełnie bez powodu, przeszukując półki w nadziei, że coś wpadnie mi w oko i skłoni do wydania pieniędzy. Oczywiście coś w oko wpada mi zawsze i jedynie podsunięta przez demona realizmu myśl o niezapłaconych ratach, składkach i rachunkach powstrzymuje mnie przed napawaniem się stertą nowych wytworów popkultury.
Tym razem cel miałem określony jasno: wchodzę do środka, zgarniam z regału najnowszego „Wilqa”, płacę, wychodzę, wracam do domu, czytam. Plan wykonałem w stu procentach ale jego realizacja była o tyle spóźniona, że „Zaplute zamazane” ukazało się jeszcze we wrześniu.
Po latach starań i setkach dyskusji, po wielu przeróbkach i zmianach koncepcji, Omlet wystartował. Będzie to wspólne dzieło czterech, póki co, osób: Michała Burka, Michała Gancarskiego, Mateusza Kubika i Agu Markiewicz. Nie piszemy co się tu znajdzie, bo znajdzie się gdy już zostanie napisane. Każde z nas potraktuje swoją przestrzeń wedle uznania i wykorzysta ją dla własnych celów. Ja na przykład chciałbym zostać Imperatorem Wszechświata.
Technikalia
Kanały RSS dostępne są zarówno dla całego Omleta jak i dla poszczególnych autorów. Porządne przeglądarki same je wykryją. Linki do wszystkich kanałów umieszczone są też w stopce.
Randroid o języku tyleż żywym co zupełnie nieuporządkowanym. Umysł oddał we władanie ekonomii, finansom i matematyce, serce zaś pokroił i w kawałkach podarował kobiecie, winu, tańcowi, filmom o obcych i komiksom o kosmolotach.