Omlet Creative Crew

Weź swą d**ę na „Pokutę”

Michał Gancarski, 10 lutego 2008, 14:43
kategorie: oczy mi wypadli
komentarze: 3 (skomentuj wpis, RSS z komentarzami)

jesteś taka piękna, zagrana na bębnach

Najbardziej syfiaste święto dla zakochanych pryszczatych nastolatków zbliża się wielkimi krokami, więc walentynkowy szał w handlu i mediach mamy jak w banku. Lasvegasy wśród portali przystroją się serduszkami i innymi przejawami szczenięcej miłości, a przez Internet, obok zwykłego spamu powiększającego baby makery przelatywać będą miliony przesłodzonych kartek.

Z gorszą wersją dnia steku i loda można jednak walczyć i tak zrobi każdy prawdziwy mężczyzna – stanie przed bestią niczym Geralt i hardo spojrzy w jej śmierdzące, zaślinione oblicze. Najodważniejsi zaproszą swoje partnerki/partnerów do kina by spędzić z nimi czas na oglądaniu półtoragodzinnego odcinka kolejnej telenoweli za kilkadziesiąt milionów baksów. Trzeba nie lada nerwów, by wytrzymać taką dawkę w otoczeniu swołoczy mlaskającej przy jedzeniu pikantnych nachos.

Propozycje mam dwie. „Lejdis” i „Pokutę”.

Testosterooooooon

O „Lejdis” napisać miałem osobną notkę ale nie napisałem. Film obejrzałem na kilka dni przed oficjalną premierą, na prapremierowym pokazie w krakowskim Multikinie i wcale nie było to takie dobre. Ludzi cały tłum, a bilet droższy. Opóźnienie rozciągnięte o prawie godzinę bo przecież zaproszono twórców i aktorów, którzy musieli się pokazać i rozdać autografy. Borys Szyc, jeszcze niższy niż na ekranie, starał się imprezę przejąć myśląc, że wszyscy na niego lecą. Pobitboksował trochę, strzelił paroma fetniackimi tekstami i oddał mikrofon. Jakieś biedne dziewczę wyjęte z miejsc zakazanych próbowało pełnić rolę konferansjera ale nie wychodziło. Na domiar złego po całej paradzie gwiazd odbył się pokaz kreacji z pracowni jednego ze sponsorów seansu. Całe szczęście, że niektóre modelki były ładne, bo naprawdę nie wiedziałem, że to prapremiera i nie byłem przygotowany na takie nudy. Po prostu poszedłem na film i cały ten przedłużający się spektakl beznadziei zaczął działać mi na nerwy.

Samemu filmowi, wbrew temu co sądzi większość znanych mi osób, nie mogę wiele zarzucić. Jako odpowiedź na „Testosteron” jest zdecydowanie udany i bawiłem się na nim znacznie lepiej. Fabularnie jest to wycinek telenoweli skompresowany do kilkudziesięciu minut, opowiadający o burzliwym roku z życia czterech fantastycznych kobiet. Naprawdę fantastycznych. Każda z nich jest inna, każda piękna i pełna kobiecości, a osobowości mają różne i skonstruowane wedle astrologicznego podziału na wodę, ogień, powietrze i ziemię. Wszystkie cztery dostają od życia po twarzach i wszystkie, na swój sposób, z życiem sobie radzą. Rany się zabliźniają, bez ofiar się nie obywa, a największymi złamasami w całym tym bałaganie okazują się, oczywiście, faceci. Wady? Za dużo zupełnie niepotrzebnych wulgaryzmów i miejscami sztuczne dialogi. Da się to jednak przeboleć.

Tragedia z fontanny rodem

„Pokuta” to ogórek z zupełnie innej beczki. Akcja rozgrywa się w przedwojennej i wojennej Anglii oraz w północnej Francji w trakcie odwrotu Anglików pod naporem rosnącej potęgi armii niemieckiej. Obraz ten to opowieść o mającym wielkie szanse na sukces mezaliansie pomiędzy ambitnym synem wiejskiej biedoty, który dzięki pomocy osoby lepiej sytuowanej miał szansę na zdobycie wykształcenia, a Cecilią Tallis – córką jego dobroczyńcy, pięknie zagraną przez pogromczynię martwych piratów – Keirę Knightley. Chłopak to Robbie Turner, a w jego rolę wcielił się równie co Keira dobry James McAvoy. Robbie odpracowuje swój dług wdzięczności jako ogrodnik i ogólna pomoc.

Gorące uczucia pomiędzy młodymi zamknięte są w sieci konwenansów i dobrych obyczajów. Problemem nie jest jednak ewentualna klasowa nierówność. Ta wydaje się mieć niewielkie znaczenie. Prawdziwą przeszkodą okazuje się być trzynastoletnia, młodsza siostra Cecilii – Briony. Dziewczyna jest wrażliwa, inteligentna i utalentowana ale zupełnie nie rozumie tego co się wokół niej dzieje, przez co jednym posunięciem doprowadza do tragedii będącej osią fabuły.

Przepiękna sceneria rozświetlonej słońcem, pełnej malowniczych zakątków posiadłości należącej do konserwatywnej, brytyjskiej rodziny z wyższej klasy średniej staje się tłem dla prawdziwego dramatu pomyłek, zbudowanego na wielkiej krzywdzie i nastoletnim niezrozumieniu. Jest ból, jest tęsknota, jest też niezbędna w każdym dobrym dramacie emocjonalna intensywność i znakomite zdjęcia okraszone pomysłową muzyką. Ostatnie pięć minut filmu to prawdziwy majstersztyk, choć nie wiem na ile jest to kwestia scenariusza, a na ile książkowego pierwowzoru. W każdym razie łzy wyciska, nosy moczy, chwyta za serce i każe się przytulać. Melodramat jak w pysk strzelił i to na bardzo dobrym poziomie.

Bij w gadzinę!

No więc „Lejdis” czy „Pokuta”? Zdecydowanie „Pokuta”. Więcej treści, klasa, piękne zdjęcia i całkiem mądra, spadająca jak grom z jasnego nieba, końcówka wgniatają polską produkcję w piach. Jeśli jednak czujecie patriotyczną werwę, „Lejdis” też się nada.

6/10 i 8/10

  1. komentarze:

  2. komentarz od Orlinos

    napisany 10 lutego 2008, 15:31

    Widzę, że d*piasta fraza Ci się spodobała. Mnie też! :)

  3. komentarz od Michał Gancarski

    napisany 10 lutego 2008, 16:55

    Świetnie oddaje moje nastawienie do dnia 14 lutego. Z niecierpliwością wyczekuję 14 marca.

  4. komentarz od Michał Burek

    napisany 14 lutego 2008, 00:23

    Czuję raczej patriotyczną wyrwę.

dodaj komentarz: