Tańcząca z zombiakami
Michał Gancarski, 24 listopada 2007, 02:34
kategorie: oczy mi wypadli
komentarze: 8 (skomentuj wpis, RSS z komentarzami)

Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: mało jest widoków równie seksownych co śliczna, odziana w krótkie spodenki, płaszcz i pasy z bronią dziewczyna, trzymająca dwa tasaki pokryte zaschniętą krwią nieumarłych, których całe tabuny właśnie rozpłatała.
Dziewczyna ma na imię Alice, jest byłym oficerem ochrony w Umbrella Corporation, a jej relacje z niegdysiejszym pracodawcą są dość złożone. Wystarczy wspomnieć, że UC zmodyfikowało jej kod genetyczny, łącząc go z DNA wirusa T, będącego efektem badań nad bronią bioorganiczną prowadzonych przez korporację. Efekt jest piorunujący – nowa, lepsza Alice jest silniejsza, sprawniejsza i szybsza, a żaden ludzki przeciwnik nie może się z nią równać. Niestety, T-Virus działa zazwyczaj inaczej. Infekując tkanki nosiciela, wyniszcza wszystkie funkcje ogranizmu, które nie są potrzebne do zachowania podstawowych zdolności ruchowych. Zarażony nim człowiek zmienia się w żądnego krwi, pozbawionego wszelkich ludzkich cech potwora o odrażającym wyglądzie. W zombie.
Wirus
Najgorsze jest to, że wirus najwyraźniej wymknął się twórcom spod kontroli. Wpierw zawładnął Racoon City, później rozprzestrzenił się na resztę Stanów Zjednoczonych, by ostatecznie opanować całą Ziemię. Większość ludzkiej populacji została wybita lub zamieniona w żywe trupy, a nieliczni ocalali próbują ratować życie żerując na istniejących jeszcze zapasach beznyny i prowiantu. Umbrella Corporation przetrwała jako sieć zamkniętych, podziemnych laboratoriów, których nadzorcy komunikują się ze sobą w czasie holograficznych wideokonferencji. Co więcej, UC jest zdeterminowana by odnaleźć Alice, Alice zaś uparła się, że przeżyje na pustyni unikając wykrycia przez szpiegowskie satelity koporacji, których trajektorie wcześniej poznała. Mamy więc superdziewczynę ze zmodyfikowanym DNA, uciekającą na motorze po wszędobyliskim piasku przed swoim byłym, potężnym chlebodawcą, w świecie na granicy zagłady. Gdzieś na jej drodze pojawia się konwój skupionych w zwartą grupę niedobitków, zarażone T-Virusem ptaki oraz składająca się z pomyleńców rodzinka hodująca psy zombie. Historia zapowiada się zmakowicie, prawda?
I smakowita jest! „Extinction”, trzecia część filmowej, bazującej na komputerowych grach serii „Resident Evil” to w swojej kategorii pozycja bardzo dobra, a już z pewnością lepsza od części pierwszej. Wszystko czego należałoby oczekiwać od rozrywkowego filmidła zostało w nim zawarte i to w odpowiednich proporcjach. Krew leje się szerokim strumieniem i pokazana jest dosłownie ale granicy śmieszności nie przekracza. Choreografia walk jest dokładnie taka jak być powinna – Alice walczy w sposób, którego należałoby się spodziewać po piękności o nadludzkich zdolnościach. Kopie, uderza, unika ciosów i tnie jak maszyna, której priorytetem jest przetrwanie. Jest przy tym pełna groźnego uroku i gracji. I nic dziwnego, przecież odtwórczynią tej roli jest niezawodna Milla Jovovich.
F/x and all that stuff
Efekty specjalne użyte zostały z umiarem, bez niepotrzebnego samopieszczenia się dziesiątkami spowolnionych, pokazujących pojedyncze kule, ujęć (tego typu tricków jest zaledwie kilka). Jeśli coś ma wybuchnąć, to wybucha jak należy, pociski rozrywają ciało tak jak powinny, a zombie w swym pozbawionym świadomości, krwiożerczym pędzie są bardzo przekonujący. Scenografii też wiele zarzucić nie można. Podziemne laboratorium Umbrella Corporation to kawał solidnego, fikcyjnego kompleksu badawczego, a zasypane piachem Las Vegas robi wystarczająco mocne wrażenie. Jednym słowem – wszystko na swoim miejscu, wszystko podane w odpowiedni sposób.
Aktorstwo jest dość przeciętne ale to przecież film o pokrzywionych kreaturach, które opanowały Ziemię, a nie Mannowska „Gorączka”, której scenariusz pisany był specjalnie z myślą o Robercie De Niro i Alu Pacino. Na scenie pojawiają bohaterowie z poprzednich części, min. Carlos Olivera (Oded Fehr) i będący personifikacją frankensteinowskiego stereotypu genialnego ale szalonego naukowca dr Sam Isaacs (Iain Glen). Postacie drugoplanowe są zupełnie wystarczające w roli wypełniaczy niewielkiej przestrzeni, którą twórcy pozostawili na rozwijanie psychologicznych i emocjonalnych profili bohaterów.
Biegnij, Milla, biegnij!
Najmilej zaskoczyło mnie dominujące w filmie poczucie, że świat się już skończył i że należy porzucić nadzieję na lepsze jutro. Konwój niedobitków ludzkości przywodzi na myśl drugą część „Mad Maxa” choć oba filmy ciężko nawet porównywać. Pojazdy, które pojawiają się w „RE:E” nie są zespawanymi z metalowego złomu konstrukcjami ale poczynione w nich przeróbki wystarczają by oddać klimat skazanej na przegraną walki o przetrwanie. Pustynia gdzie okiem nie sięgnąć, zdziczali koczownicy zajmujący opustoszałe domy, małe grupki ocalałych próbujących zbić się w większe gromady, rozpaczliwe nawoływania o pomoc przesyłane za pomocą działających jeszcze radiostacji, presja kończących się zapasów benzyny i żywności – wszystko to składa się na całkiem spójny obraz tego, co zostało po cywilizowanym świecie. Nie jest więc tak, że mamy do czynienia z filmem całkowicie odmóżdżonym i pozbawionym sensu. Przeciwnie, scenariusz tworzy bazę dla dość logicznej historii, naciągniętej tu i tam po to by w ogóle można było ją opowiedzieć.
„Extinction” warto obejrzeć. Film zapewnia kawał mocnej rozrywki pozbawionej wszelkich pretensji, za to będącej hollywoodzkim rzemiosłem o bardzo dobrej jakości. Bez cienia wątpliwości przyznaję mu mocną szóstkę i dorzucam plusa za scenę z papierosem, po obejrzeniu której aż chce się zapalić. Choć sam papierosów unikam, to oglądając ją miałem ochotę poprosić kogoś by mnie jednym poczęstował.
+6/10