Omlet Creative Crew

Sztuczki niedorajdki

Michał Gancarski, 27 stycznia 2008, 12:00
kategorie: oczy mi wypadli
komentarze: brak (skomentuj wpis, RSS z komentarzami)

banner-sztuczki.png

Chcecie nakręcić frustrujący film, którym wszyscy będą się zachwycali? Stwórzcie bohaterów, którym w życiu nie może się udać na ich własne życzenie, dorzućcie motyw z ojcem, który opuścił rodzinę, a wszystko pokażcie z perspektywy kilkuletniego chłopca o przecudnych blond włosach.

O „Sztuczkach” nie ma sensu zbyt wiele pisać, bo lepiej ten obraz ominąć niż poświęcić mu półtora godzinny swojego czasu. Scenariusz filmu umiejscawia bohaterów w Wałbrzychu, w którym żyją min. chłopiec Stefek, jego starsza siotra Elka, zalecający się do Elki Jerzy, pragnąca czułości dorodna blondynka Violka i handlujący używanymi samochodami Turek. Na peronie lokalnego dworca kolejowego każdego dnia pojawia się mężczyzna, który prawdopodobnie jest ojcem Stefka i Elki.

Akcja? Cóż, akcja to jedynie fabularne przedstawienie ruchów Browna, którym podlegają poszczególne postacie. Elka uczy się włoskiego bo chce dostać dobrą pracę, jej matka prowadzi mały sklep, Violka każdego dnia jedzie zabawić się z kolejnym lowelasem, a Stefek kombinuje jak tu doprowadzić do ponownego spotkania ojca i matki. I to by było na tyle.

Wszycy bohaterowie odbijają się od własnego życia niczym kulki w losowaniu Multi Lotka. Stefek stara się zetknąć ojca z matką ale ciągle coś mu w tym przeszkadza. Elka niemalże przychodzi na rozmowę o pracę (jestem pewien, że by ją dostała) ale się spóźnia bo wcześniej zapomina o tym, która jest godzina. Jerzemu ciągle psuje się motor ale przynajmniej chce Elkę podwozić tu i tam. Poza tym nie robi nic, czasem tylko podłubie w pozbawionym kół wraku Mustanga ’69, którego jest właścicielem. Jedynie Turek wydaje się być dokładnie tam gdzie powinien – jego biznes go cieszy, radzi sobie jak może i ma nawet swoje własne podejście do świata i życiową filozofię. Postać kompletna, szkoda że tak rzadko występująca.

Wiem co na temat tego filmu mówią osoby, którym się podobał. Że ciepły, że wyciskający łzy, że ujmuje humorem i powolnym rytmem życia w biednej mieścince, że to coś na kształt czeskiego kina z bohaterami bez większych życiowych sukcesów ale mających swoją dumę i cieszących się życiem. Nic z tych rzeczy. „Sztuczki” to jedynie pochwała bezradności w obliczu tego przeklętego losu, który zawsze przeszkadza i sprawia, że znowu coś komuś nie wyjdzie, pełna pobłażliwości historyjka, której przesłanie można streścić w krótkim zdaniu. Bo oni niby próbują no ale brakuje szczęścia i perspektyw. Bo Elka się tego języka uczy ale po prostu zapomniała o terminie. Żadnej prawdziwej walki, żadnego rzeczywistego starania się. Jasne, tacy ludzie istnieją tylko po co kręcić o nich kolejny film? Przecież nie trzeba od razu tworzyć opowieści o amerykańskim śnie. Wystarczy inspiracja węgierskimi „Kontrolerami”, z bohaterami mającymi parszywą pracę ale wiedzącymi do czego służą łokcie. Z ludźmi, którzy żyją.

Jedynymi plusami, które w „Sztuczkach” dostrzegłem, były piękne oczy i śliczne nogi Eweliny Walendziak (która aktorstwa musi się jeszcze nauczyć) i całkiem niezły występ Damiana Ula grającego Stefka. Nie da się ukryć, że mały Damian bardzo pozytywnie wyróżnia się na tle wszystkich tych drewnianych kukieł, które w polskiej kinematografii nazywane są „aktorami dziecięcymi”.

3/10

dodaj komentarz: